Sezon na morsowanie zakończony. W tym roku morsowała chyba cała Polska 😉 I dobrze! Warto próbować czegoś nowego chociaż w przypadku morsowania raczej właściwym określeniem byłoby „czegoś starego”. Dlaczego zaczęłam morsować? Co mi to dało? Zebrałam wszystko w jeden krótki wpis. Zapraszam.

O morsowaniu marzyłam już dawno ale prawda jest taka, że zebrałam się w sobie dopiero w 2020 roku dzięki kursom Klaudii Pingot, w których uczestniczyłam (Quantum Przepływu i Quantum Mocy). Pierwszy raz wykąpałam się w zimnej morskiej wodzie w sierpniu o wschodzie słońca. Była to akcja organizowana właśnie po kursie u Klaudii przez Morze Aniołów. Przeżyłam coś pięknego i uświadomiłam sobie, że nie ma co się bać zimnej wody. W drodze powrotnej z tej pięknej akcji (która odbyła się w Sopocie!) wiedziałam, że jesienią ruszam z systematycznym morsowaniem.

Zaczęłam od października i kąpałam się w każdą niedzielę na krakowskich Bagrach. To ważne, aby zachować regularność a nie wyskakiwać sobie na morsowanko wtedy, kiedy nam się zachce. Dlaczego? Bo nie zobaczycie żadnych efektów. 

=

Po co morsować?

Nie wiem. Pewnie każdy ma inne intencje, cele. Jedni robią to dla zdrowia, odporności. Inni być może z ciekawości. Ja chciałam zobaczyć jak będzie reagowało moje ciało, czy się zmieni ale głównym celem było resetowanie umysłu. Moment kiedy zanurzasz swoje ciało w lodowatej wodzie powoduje, że totalnie odcina się głowa. Nie myślisz. Cała Twoja uwaga skupia się na ciele i czuciu. Odpływa wszystko. Po wyjściu z wody zalewa Cię rześkość, energia i endorfiny. 

=

Jak to robiłam technicznie

Spotykaliśmy się w grupie ale czasem morsowałam też sama lub w towarzystwie męża. Rozgrzewałam się na plaży przez kilka minut będąc jeszcze w ubraniu. Ważne, aby się nie spocić. Potem szybko się rozbierałam i jeszcze przez chwilę kontynuowałam rozgrzewkę w stroju kąpielowym. Oczywiście na głowie miałam ciepłą czapkę a na rękach rękawiczki. Na początku zanurzałam się w butach do pływania ale akurat na Bagrach to nie było konieczne bo mamy tam sam piasek. W przypadku innych (np. kamienistych) miejsc buty mogą się przydać.

Wchodziłam do wody równym krokiem. Nie zatrzymywałam się ani nie polewałam wodą. Po prostu szłam aż do momentu kiedy poziom wody sięgał mojej klatki piersiowej i ramion. Pilnowałam, aby zanurzyć się aż po szyję (to odprężało moje usztywnione przez cały tydzień plecy). Oczywiście ręce trzymasz w górze – najlepiej na głowie. Po 60 sekundach wychodziłam, rozgrzewałam się około 15-20 sekund na brzegu i znów wchodziłam na 60 sekund. Tych wejść zawsze było 3 i wszystkie tej samej długości. 

Po ostatnim wejściu wycierałam się i ubierałam. Moja grupa zazwyczaj szła jeszcze na dynamiczny spacer co jest super opcją i wszystkim ją polecam. Ja wolałam zdążyć na niedzielne śniadanie do domu, aby móc je zjeść z rodzinką.

Ważny moment

Dopiero w lutym nastąpił w moim ciele i umyśle przełom. Od października do lutego każde wejście było czymś, co nazywałam „zacisk” ciała. Wchodziłam, wiedziałam, że będzie zimno i kurczyłam się w sobie, zaciskałam szczękę, chociaż czasem też piszczałam albo puszczałam „brzydkie słowo” 😉 Dopiero po ubraniu się „odpuszczało”. I któregoś razu właśnie w lutym zauważyłam, że wchodzę na totalnym luzie, nie boję się zimna, nie zaciskam się, nie kurczę. Ale to był czad! Tak, jakby moje ciało a właściwie umysł przestał walczyć i uważać morsowanie za coś nieprzyjemnego. Tak, jakby polubił zimno, którego w zasadzie już nie czuł. Byłam ciekawa czy ten efekt jest jednorazowy ale za tydzień stało się to samo. I wtedy poczułam, że nie potrzebuję już morsować. Zakończyłam sezon w lutym. Nagle przestało mnie ciągnąć do tego, aby jeździć a wcześniej nie mogłam doczekać się niedzielnego poranka. Nie uważam, że mi się znudziło czy odechciało. Bardziej łączę to z tym przełomem i tym, że coś we mnie, w mojej świadomości się zmieniło. Przekroczyłam jakąś barierę i poczułam spokój.

Miałam potem jeszcze jeden epizod z morsowaniem w kwietniu (w Święta Wielkanocne) i nie wiem dlaczego się skusiłam ale po prostu coś mnie ciągnęło, miałam ochotę to zrobić i pojechałam. Wydaje mi się na tę chwilę, że od października wrócę do morsowania. To była fajna atrakcja, która umilała mi jesień i zimę.

=

Wskazówka #1

Zazwyczaj po morsowaniu następuje coś, co nazywałam sobie na swój użytek „odcięciem” i następuje już jak dotrzemy do domu. Dopada nas senność i ważne jest aby jej nie ignorować. Morsowanie jest ogromnym wysiłkiem dla organizmu nawet jeśli my tego tak nie czujemy więc ważne jest, aby pozwolić mu odpocząć, zregenerować się przez sen. Jeśli więc planujesz zacząć morsować to pamiętaj, że najlepiej robić to w taki dzień kiedy będziesz mieć możliwość potem się przespać. Możesz też morsować wieczorami.

=

Wskazówka #2

Jest taka teoria, że do morsowania warto przygotować się poprzez regularne korzystanie z zimnych prysznicy w domu. Być może dla niektórych osób to jest ok natomiast to nie jest konieczne. Zimny prysznic to zupełnie coś innego niż morsowanie chociażby ze względu na różnicę temperatur przy tych czynnościach. Zobacz, kiedy bierzesz zimny prysznic masz w mieszkaniu pewnie w okolicach 20 stopni Celsjusza i wskakujesz pod lodowatą wodę. Podczas morsowania temperatura powietrza jest zbliżona do temperatury wody a czasem nawet niższa. To sprawia, że „szok” jest mniejszy. Według mnie zimnymi prysznicami można się tylko zrazić ale oczywiście to moja perspektywa.

=

Lista rzeczy, które trzeba mieć na plaży

  1. strój kąpielowy
  2. buty do pływania lub klapki
  3. mata 
  4. duży ręcznik
  5. szlafrok
  6. czapka i rękawiczki
  7. luźny strój (najlepiej dres)
  8. bielizna na przebranie
  9. kubek termiczny z ciepłym napojem (chociaż ja nie zabierałam)
=

Więc po co mi to było?

Doświadczyłam czegoś nowego co sprawiło, że zima była dla mnie przyjemnością. Skutecznie się resetowałam po całym tygodniu pracy i ładowałam energię na kolejne dni. Świetnie się bawiłam i dużo śmiałam. Poznałam nowych, wspaniałych znajomych. Poznałam też bardziej siebie, swoje ciało i jego możliwości.

 

Nie jestem w stanie stwierdzić czy morsowanie miało wpływ na poprawienie mojej odporności, bo poza morsowaniem wzmacniałam ją też innymi technikami. Faktem jest jednak to, że od października do dzisiaj – nie chorowałam.

Zapisz się na newsletter i odbierz „Prostą strategię dla małego biznesu, która pomoże mu wzrastać”

.
  • karty do pracy z osobistymi granicami

    Karty do pracy z osobistymi granicami (nowa edycja)

    150,00 
  • Robię biznes bez spiny plakat motywacyjny

    Robię biznes bez spiny – plakat motywacyjny a4

    19,50 
  • Centrum Powodzenia plakat motywacyjny na biurko

    Centrum Powodzenia – plakat motywacyjny a4

    19,50